|
List do moich Braci i
Sióstr - ludzi w podeszłym wieku
Miarą naszych lat jest lat
siedemdziesiąt
lub, gdy jesteśmy mocni, osiemdziesiąt;
a większość z nich to trud i marność:
bo szybko mijają, my zaś odlatujemy
(Ps 90 [89], 10).
W epoce, gdy Psalmista pisał te
słowa, siedemdziesiąt lat uważano za wiek bardzo podeszły i niewielu
przekraczało tę granicę; dzisiaj, dzięki postępom medycyny oraz lepszym
warunkom społecznym i ekonomicznym, w wielu regionach świata ludzie żyją
znacznie dłużej. Pozostaje jednak prawdą, że lata szybko przemijają, a dar
życia, mimo towarzyszących mu trudów i cierpień, jest zbyt piękny i cenny,
abyśmy mogli się nim znużyć.
Sam posunięty w latach, odczuwam
zatem potrzebę nawiązania dialogu z wami. Czynię to, dziękując najpierw Bogu
za dary i dobrodziejstwa, jakich udzielał mi obficie aż do tej chwili.
Przemierzam w pamięci kolejne etapy mojego życia, splecionego z historią
większej części obecnego stulecia, i widzę wyłaniające się z przeszłości
twarze niezliczonych osób, w tym niektórych szczególnie mi drogich. Wiążą
się z nimi wspomnienia wydarzeń zwykłych i nadzwyczajnych, chwil radości i
przeżyć naznaczonych cierpieniem. Ponad tym wszystkim jednak widzę
opatrznościową i miłosierną dłoń Boga Ojca, który "najlepiej kieruje
wszystkim, co istnieje" * i "wysłuchuje... wszystkich naszych próśb zgodnych
z Jego wolą" (1 J 5, 14). Do Niego zwracam się słowami Psalmisty: "Boże, Ty
mnie uczyłeś od mojej młodości, i do tej chwili głoszę Twoje cuda. Lecz i w
starości, i w wieku sędziwym nie opuszczaj mnie, Boże, gdy [moc] Twego
ramienia głosić będę, całemu przyszłemu pokoleniu - Twą potęgę" (Ps 71 [70],
17-18).
Myślą ogarniam też was, którzy
"przeżyliście już czasów wiele" (por. Mdr 4, 13), drodzy ludzie starzy
wszystkich języków i kultur. Kieruję do was ten list w roku, który
Organizacja Narodów Zjednoczonych słusznie postanowiła poświęcić osobom w
podeszłym wieku, aby zwrócić uwagę całego społeczeństwa na położenie tych,
którzy dźwigając brzemię lat, muszą często zmagać się z wieloma trudnymi
problemami (...).
W przeszłości otaczano ludzi
starych głębokim szacunkiem. Łaciński poeta Owidiusz pisał, że "wielka była
niegdyś cześć dla siwej głowy". Kilkaset lat wcześniej grecki poeta
Fokilides napominał: "Szanuj siwe włosy, a mądrego starca otaczaj czcią jak
własnego ojca" (...).
W niektórych społeczeństwach
starość jest ceniona i poważana, w innych zaś cieszy się znacznie mniejszym
szacunkiem, ponieważ panująca tam mentalność stawia na pierwszym miejscu
doraźną przydatność i wydajność człowieka. Pod wpływem tej postawy tak zwany
trzeci lub czwarty wiek jest często lekceważony, a sami ludzie starsi muszą
zadawać sobie pytanie, czy ich życie jest jeszcze użyteczne (...).
Dlaczego zatem nie mielibyśmy nadal
okazywać człowiekowi staremu szacunku, do którego przywiązują tak wielką
wagę zdrowe tradycje wielu kultur na wszystkich kontynentach? Dla narodów
zamieszkujących obszary objęte oddziaływaniem Biblii punktem odniesienia
było przez stulecia powszechnie tam respektowane przykazanie Dekalogu:
"Czcij ojca i matkę". Jego pełne i konsekwentne przestrzeganie nie tylko
jest źródłem miłości dzieci do rodziców, ale podkreśla też silną więź między
pokoleniami. Tam, gdzie przykazanie to jest akceptowane i wiernie
zachowywane, ludzie starzy nie muszą się obawiać, że zostaną uznani za
bezużyteczny i kłopotliwy ciężar.
Przykazanie poucza też, że należy
okazywać szacunek tym, którzy żyli przed nami, oraz ich dobrym dziełom:
"ojciec i matka" oznaczają tu również przeszłość,
więź między kolejnymi pokoleniami, dzięki której możliwe jest samo istnienie
narodu. W obydwu wersjach redakcyjnych, jakie znajdujemy w Biblii (por. Wj
20, 2-17; Pwt 5, 6-21), to przykazanie Boże zajmuje pierwsze miejsce na
drugiej Tablicy, dotyczącej powinności człowieka wobec samego siebie i
społeczeństwa. Jest też jedynym, któremu towarzyszy obietnica: "Czcij ojca
twego i matkę twoją, abyś długo żył na ziemi, którą Pan, Bóg twój, da tobie"
(Wj 20, 12; por. Pwt 5, 16).
"Przed siwizną wstaniesz, będziesz
szanował oblicze starca" (Kpł 19, 32). Czcić ludzi starych znaczy spełniać
trojaką powinność wobec nich: akceptować ich obecność, pomagać im i doceniać
ich zalety. W wielu środowiskach jest to naturalny sposób postępowania,
zgodny z odwiecznym obyczajem. Gdzie indziej, zwłaszcza w krajach wyżej
rozwiniętych gospodarczo, konieczne jest odwrócenie obecnej tendencji, tak
aby ludzie w podeszłym wieku mogli się starzeć z godnością,
bez obawy, że przestaną się zupełnie liczyć. Trzeba sobie uświadomić, że
cechą cywilizacji prawdziwie ludzkiej jest szacunek i miłość do ludzi
starych, dzięki którym mogą oni czuć się - mimo słabnących sił - żywą
częścią społeczeństwa. Już Cyceron pisał, że "brzemię lat jest lżejsze dla
tego, kto czuje się szanowany i kochany przez młodych".
Duch ludzki zresztą, choć odczuwa
skutki starzenia się ciała, jest stale otwarty ku wieczności i dlatego
pozostaje poniekąd zawsze młody; doświadcza zaś tej nieprzemijającej
młodości szczególnie mocno, kiedy uspokaja go wewnętrzne świadectwo czystego
sumienia i gdy jednocześnie zaznaje troskliwej opieki i wdzięczności ze
strony bliskich. Jak pisze św. Grzegorz z Nazjanzu,
człowiek wówczas "nie zestarzeje się duchem, ale pogodzi się ze swym
odejściem jako momentem niezbędnego wyzwolenia. Bezboleśnie przejdzie na
drugą stronę, gdzie nikt nie jest niedojrzały ani stary, ale wszyscy
osiągnęli doskonały wiek duchowy".
Wszyscy znamy ludzi starych, którzy
mogą być wymownym przykładem zdumiewającej młodości i żywotności ducha.
Tych, którzy się z nimi stykają, potrafią słowem pobudzać do działania,
dodając otuchy własnym przykładem. Oby społeczeństwo umiało w pełni docenić
ludzi starych, którzy w pewnych częściach świata - mam na myśli zwłaszcza
Afrykę - słusznie są darzeni szacunkiem jako "żywe biblioteki" mądrości,
strażnicy bezcennego dziedzictwa ludzkiego i duchowego.
Choć to prawda, iż w wymiarze fizycznym zazwyczaj potrzebują pomocy, prawdą
jest też, że nawet w podeszłym wieku mogą być
oparciem dla młodych, którzy stawiają pierwsze kroki w życiu i szukają
swojej drogi.
Mówiąc o ludziach starych, muszę
zwrócić się także do młodych z zachętą, aby towarzyszyli im swoją
obecnością. Wzywam was, młodzi przyjaciele, byście traktowali ich
wielkodusznie i z miłością. Starsi potrafią dać wam znacznie więcej, niż
możecie sobie wyobrazić. W Księdze Mądrości Syracha znajdujemy na ten temat
takie pouczenia: "Nie odsuwaj od siebie opowiadania starców, albowiem i oni
nauczyli się go od swoich ojców" (8, 9); "Stań na zgromadzeniu starszych: a
[jeśli] kto jest mądry, przyłącz się do niego!" (6, 34), ponieważ "starcom
przystoi mądrość" (25, 5) (...).
Jest naturalne, że z upływem lat
oswajamy się z myślą o "zmierzchu". Przypomina nam o nim choćby fakt, że
szeregi naszych krewnych, przyjaciół i znajomych coraz bardziej się
przerzedzają: uświadamiamy to sobie przy różnych okazjach, na przykład gdy
spotykamy się z najbliższymi, w gronie kolegów z dzieciństwa, ze szkoły, ze
studiów, z wojska czy z seminarium... Granica życia i
śmierci przesuwa się przez nasze wspólnoty i stale przybliża się do każdego
z nas. Jeśli życie jest pielgrzymką do niebieskiej ojczyzny, to starość jest
czasem, gdy jesteśmy najbardziej skłonni myśleć o wieczności.
Mimo to także my, ludzie starzy, z
trudem godzimy się z perspektywą odejścia. Jawi się ona bowiem jako mroczny
aspekt naszej ludzkiej kondycji naznaczonej przez grzech i stąd budzi
nieunikniony smutek i lęk. Czyż zresztą mogłoby być inaczej? Człowiek został
stworzony dla życia, natomiast śmierć - jak czytamy już na pierwszych
kartach Pisma Świętego (por. Rdz 2-3) - nie mieściła się w pierwotnym
zamyśle Bożym, ale weszła na świat na skutek grzechu, "przez zawiść diabła"
(Mdr 2, 24). Rozumiemy zatem, dlaczego w obliczu tej mrocznej rzeczywistości
reakcją człowieka jest bunt. Rzecz znamienna, że sam Jezus, "doświadczony we
wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu" (por. Hbr 4, 15),
odczuwał lęk przed śmiercią: "Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie
ten kielich" (Mt 26, 39). A czyż możemy zapomnieć, jak zapłakał nad grobem
swego przyjaciela Łazarza, choć przecież zamierzał go wskrzesić (por. J 11,
35)?
Chociaż można sobie racjonalnie
wytłumaczyć aspekt biologiczny śmierci, nie sposób przyjąć jej jako czegoś
"naturalnego". Śmierć jest sprzeczna z najgłębszym instynktem człowieka.
Sobór tak mówi o tym: "Tajemnica losu ludzkiego ujawnia się najbardziej w
obliczu śmierci. Nie tylko boleści i postępujący rozkład ciała dręczą
człowieka, lecz także, i to jeszcze bardziej, lęk przed unicestwieniem na
zawsze". Istotnie, tej udręki nic nie zdołałoby ukoić, gdyby śmierć
oznaczała całkowite zniszczenie i koniec wszystkiego. Dlatego śmierć skłania
człowieka do stawiania radykalnych pytań o sens samego życia: co czeka nas
za mroczną zasłoną śmierci? Czy stanowi ona ostateczny kres życia, czy też
istnieje coś także poza nią?
Od najdawniejszych czasów aż do
naszych dni w ludzkiej kulturze pojawiają się odpowiedzi pesymistyczne,
które redukują obszar życia tylko do wymiaru ziemskiego. Nawet w Starym
Testamencie niektóre wersety Księgi Koheleta mówią o starości
jako o walącej się budowli, która zostaje całkowicie i ostatecznie
zniszczona przez śmierć (por. 12, 1-7). Ale właśnie w świetle tych
pesymistycznych odpowiedzi jeszcze wyraźniejszych kształtów nabiera pełna
nadziei wizja promieniująca z całego Objawienia, a zwłaszcza z Ewangelii:
"Bóg nie jest [Bogiem] umarłych, lecz żywych" (Łk 20, 38). Apostoł Paweł
poświadcza, że Bóg, który daje życie umarłym (por. Rz 4, 17), przywróci
życie także naszym śmiertelnym ciałom (por. Rz 8, 11). Jezus zaś tak mówi o
sobie: "Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i
umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki" (J
11, 25-26).
Chrystus, przekroczywszy bramy śmierci, objawił życie trwające poza jej
granicą, na owym niezbadanym przez człowieka terytorium, którym jest
wieczność. On jest pierwszym Świadkiem życia wiecznego: w Nim ludzka
nadzieja pełna jest nieśmiertelności. "Choć nas zasmuca nieunikniona
konieczność śmierci, znajdujemy pociechę w obietnicy przyszłej
nieśmiertelności". Tym słowom, które liturgia ofiarowuje wierzącym w chwili
ostatniego pożegnania z bliską osobą, towarzyszy orędzie nadziei: "życie
Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy, i gdy rozpadnie
się dom doczesnej pielgrzymki, znajdą przygotowane w niebie wieczne
mieszkanie". W Chrystusie śmierć, rzeczywistość dramatyczna i wstrząsająca,
zostaje odkupiona i przemieniona, aby ostatecznie ukazać nam oblicze
"siostry", która prowadzi nas w ramiona Ojca.
Wiara rozjaśnia zatem tajemnicę
śmierci i opromienia swym światłem starość, która nie jest już postrzegana i
przeżywana jako bierne oczekiwanie na moment unicestwienia, ale jako
zapowiedź rychłego już osiągnięcia pełnej dojrzałości. Lata te należy
przeżywać w postawie ufnego zawierzenia Bogu, szczodremu i miłosiernemu
Ojcu; ten czas trzeba twórczo spożytkować, dążąc do pogłębienia życia
duchowego przez usilniejszą modlitwę i gorliwą służbę braciom w miłości
(...).
Życząc wam w tym duchu, drodzy
Bracia i Siostry w podeszłym wieku, abyście pogodnie przeżywali lata, które
Bóg przeznaczył każdemu z was, pragnę zarazem bardzo otwarcie podzielić się
z wami uczuciami, jakich doznaję u schyłku mego życia, po ponad dwudziestu
latach posługi na Stolicy Piotrowej i w oczekiwaniu na bliskie już trzecie
tysiąclecie. Mimo ograniczeń mego wieku bardzo wysoko cenię sobie życie i
umiem się nim cieszyć. Dziękuję za to Bogu! Pięknie jest służyć aż do końca
sprawie Królestwa Bożego.
Zarazem jednak głębokim pokojem
napełnia mnie myśl o chwili, w której Bóg wezwie mnie do siebie - z życia do
życia! Dlatego wypowiadam często - i bez najmniejszego odcienia smutku -
modlitwę, którą kapłan odmawia po liturgii eucharystycznej: "In hora mortis
meae voca me, et iube me venire ad te" - w godzinie śmierci wezwij mnie i
każ mi przyjść do Siebie. Jest to modlitwa chrześcijańskiej nadziei, która w
niczym nie umniejsza radości obecnej chwili, a przyszłość
zawierza opiece Bożej dobroci.
"Lube me venire ad te" - jest to
najgłębsze pragnienie ludzkiego serca, nawet wówczas, gdy człowiek nie jest
tego świadomy.
Pozwól, o Panie życia, abyśmy to
sobie wyraźnie uświadomili i umieli cieszyć się każdym etapem naszego życia
jako darem niosącym bogate obietnice na przyszłość.
Spraw, byśmy z miłością przyjmowali
Twoją wolę, zawierzając się każdego dnia Twoim miłosiernym dłoniom.
Gdy zaś nadejdzie chwila
ostatecznego "przejścia", pozwól, abyśmy umieli ją powitać z pokojem w
sercu, nie żałując niczego, co przyjdzie nam porzucić. Kiedy bowiem po
długim poszukiwaniu spotkamy Ciebie, odnajdziemy też wszystkie prawdziwe
wartości, jakich zaznaliśmy na ziemi, a także tych, którzy poprzedzili nas w
znaku wiary i nadziei.
Maryjo, Matko ludzkości
pielgrzymującej, módl się za nami "teraz i w godzinie śmierci naszej".
Spraw, byśmy byli zawsze blisko Jezusa, Twojego umiłowanego Syna, a naszego
Brata, Pana życia i chwały. Amen
Watykan, 1 października 1999, w
dwudziestym pierwszym roku mego pontyfikatu.
Jan Paweł II
*Św. Jan Damasceński, "Wykład
wiary prawdziwej", 2, 29.
Jan Paweł II
|