
W dniu 2.04.2005 o godzinie 21:37 zmarł papież
Jan Paweł II
Karol Wojtyła
(1920-2005)
Odszedł jeden z największych Polaków, głowa
Kościoła katolickiego, autorytet moralny dla ludzi różnych wyznań i kultur.
Pogrzeb papieża Jana Pawła II odbył się w dniu 8.04.2005r.
Trumna z ciałem Papieża została zniesiona do Grot Watykańskich, miejsca Jego
wiecznego spoczynku. Uroczystość w Watykanie była największą w dziejach świata,
Ojca Świętego żegnało pięć milionów pielgrzymów.
|
JAN PAWEŁ WIELKI
W Watykanie już za życia mówiono
o nim "Jan Paweł Wielki". A Watykan nie jest skłonny do emfazy.
Powiedziano też: "Pontyfikat, który zmienił świat" – i tej ocenie trudno
po namyśle nie przyznać racji.
Ks. Adam Boniecki /2005-04-02
Jan Paweł II, następca wielkich
papieży ostatniego stulecia, stał się moralnym autorytetem i punktem
odniesienia dla świata. Dodajmy: w epoce, która autorytety odrzuca i w
której wielu pretenduje do roli “punktu odniesienia”. Jak to zrobił? Jak
osiągnął taką miarę obecności w świecie i wśród ludzi?
Kiedy inaugurował pontyfikat,
przyciągnął uwagę swą innością. Nie tylko tym, że był papieżem da un paese
lontano (z dalekiego kraju), ale też zaskakującą wolnością ducha, dzięki
której – jak mówiono wtedy – zachowywał się tak, jakby był papieżem od
zawsze. Łamiąc obyczaje poprzedników przemówił podczas pierwszego ukazania
się wiernym, zgromadzonym przed Bazyliką św. Piotra. Przyciągnął uwagę
świata, kiedy podczas Mszy św. inauguracyjnej potężnym głosem wezwał do
wyzbycia się lęku przed otwarciem drzwi Chrystusowi. Przemówienie programowe
było zarysem tego, co stało się później.
Nie sposób tu wyliczać wszystkich
wielkich wydarzeń minionych 27 lat. Książek o Janie Pawle II już powstało
tysiące, co znaczy, że nie przestał intrygować, prowokować, a nade wszystko
pociągać współczesnych do siebie. Tak – do siebie także, ale nade wszystko
do Chrystusa. Bo tajemnicą tego pontyfikatu było bezgraniczne zawierzenie
Chrystusowi, zawierzenie naznaczone głębokim, osobistym związaniem się z
Matką Zbawiciela. “Totus Tuus” było bardzo realnie jego życiową dewizą i
programem. “Totus Tuus ego sum, et omnia mea tua sunt”... Tego pontyfikatu
nie da się zrozumieć, jeśli weźmie się w nawias jego dziecięcą wiarę.
Tajemnicą siły Karola Wojtyły – człowieka, kapłana, biskupa, kardynała i wreszcie
papieża – była bowiem modlitwa. Kto był na prywatnej Mszy św. w jego
watykańskiej kaplicy, ten bez trudu zrozumie, o czym mówię. Kiedy po
przyjęciu Komunii św. długo modlił się w ciszy, robił wrażenie człowieka do
cna udręczonego. Kiedy po Mszy św. wychodził do oczekujących go w
sąsiadującej z kaplicą biblioteki, promieniał spokojem, życzliwością i
wewnętrzną siłą.
Młody Papież wstępował na Stolicę
Piotrową jako człowiek pełen energii. Włosi nazwali go “atletą”, a także
“papieżem pewności” – bo niósł wierzącym poczucie bezpieczeństwa wiary. Ujął
w ręce stery Kościoła, który po Soborze Watykańskim II przypominał nieco
łódź miotaną rozkołysanymi falami. Ktoś powiedział, że gdyby nie on, Kościół
katolicki rozproszyłby się po różnych sektach protestanckich. Pewnie by się
nie rozproszył, ład jednak był potrzebny. Jan Paweł II – papież soborowy do
szpiku kości – był czasem oskarżany o dążenie do “restauracji”, czyli
powrotu do stanu sprzed Soboru, co jest szczególnie krzywdzącą bzdurą.
W pierwszej encyklice rozwinął swój
program: Drogą Kościoła – napisał – jest człowiek. Było to właśnie dalszym
ciągiem soborowej “rewolucji”, bo wielu nadal sądziło, że odwrotnie: Kościół
jest drogą człowieka i że nie Kościół człowiekowi, a człowiek Kościołowi ma
służyć.
Wiedział, że “kapłan z ludzi
wzięty, dla ludzi jest postanowiony”. Był dla ludzi. Nie dla Kurii Rzymskiej
(do wielu spraw administracyjnych od początku delegował kompetentnych
współpracowników), ale dla ludzi. Wiedział, że Chrystus powierzył Piotrowi
“umacnianie braci”, a nie administrowanie ważnymi skądinąd dziełami, które w
ciągu wieków podejmował Kościół.
Jako pasterz przewodniczył
modlitwie Kościoła. W swojej rzymskiej diecezji, którą – rzecz niesłychana
od stuleci – wytrwale wizytował parafia po parafii, na wielkich
zgromadzeniach liturgicznych w Bazylice św. Piotra, w innych rzymskich
bazylikach oraz podczas wszystkich podróży apostolskich. Bywało, że po
trwającym kilkanaście godzin locie, nie bacząc na zmianę czasu, prosto z
samolotu udawał się tam, gdzie oczekiwali go wierni i przewodniczył Mszy św.
Niestrudzenie głosił słowo Boże. W
profesorskim stylu co środa wygłaszał katechezy, co niektórych dziwiło, jako
że poszczególnych tekstów z następujących po sobie cyklów słuchali przecież
coraz to inni wierni. Katechezy te, zebrane dziś w osobne tomy, stanowią
jednak ważny i przystępny wykład wiary.
Kierował Kościołem przy pomocy
Kurii Rzymskiej. Niemal cała ta instytucja składa się dziś z ludzi przez
niego mianowanych, większość biskupów świata zostało przezeń ustanowionych,
nie mówiąc o Kolegium Kardynalskim. W pierwszych latach szukał
współpracowników wśród Ojców Soboru, z upływem czasu, kiedy ich ubywało –
zapraszał młodych. Pracom Synodu Biskupów nadał stały rytm, wzbogacony
zwoływanymi w razie potrzeby synodami specjalnymi, poświęconymi szczególnie
pilnym kwestiom lub obejmującymi jeden kontynent, region świata czy nawet
jeden Kościół lokalny.
Styl pontyfikatu
Każdy papież przynosi swój własny
styl. Styl Jan Pawła II, odznaczający się wyjściem do ludzi, aż do końca,
przekraczał wszystko, co do tej pory zna historia. Papieskie podróże...
Owszem, już Paweł VI inaugurował ten model sprawowania papieskiej posługi,
lecz to Jan Paweł II sprawił, że podróże stały się niemal rutynowym sposobem
jej wykonywania. My wiemy, czym były dla Polski papieskie wizyty w kolejnych
stadiach najnowszej historii. Warto sobie wyobrazić, czym były dla innych:
dla dalekiej Afryki, dla krajów Ameryki Południowej, dla Stanów
Zjednoczonych, dla Czechosłowacji, Kazachstanu, Grecji, Holandii, Niemiec, a
czym dla niewielkich wysp, jak Trynidad i Tobago. Jan Paweł II wiedział, że
żadna encyklika, żadne radiowe orędzie czy transmisja telewizyjna nie są
tym, czym żywa obecność. Każda z tych wizyt niosła inne owoce, jak
ewangeliczny zasiew: plon pięciokrotny, dziesięciokrotny i tak dalej.
Pierwsza podróż do Polski stała się początkiem upadku reżimu. Czy następca
Jana Pawła II będzie mógł nie podróżować?
Zawsze starał się iść do chorych.
Widziałem, jak w którymś z krajów afrykańskich pochylał się nad trędowatymi
i kiedy sam stał się jednym z chorych, swoim cierpieniem chciał umacniać
innych. Wobec świata, który lansuje fizyczną tężyznę i zdrowie, stawał w
poniżeniu swej choroby. Kolejny raz złamał watykański obyczaj, już po
zamachu pozwalając, by jego fotografia z kroplówką, na łóżku szpitalnym była
dla wszystkich dostępna w watykańskim zakładzie fotograficznym Artura Mari.
I kiedy w ciągu ostatnich dziesięciu lat on, Boży atleta, coraz bardziej
uginał się pod ciężarem krzyża choroby, nie wycofał się, jak przegrany król,
w zacisze Watykanu, lecz przeciwnie: był do końca z tymi, którym chciał
służyć.
Był pasterzem wszystkich: bogatych
i ubogich, choć tym ostatnim pragnął zawsze okazać pierwszeństwo. Pierwszym
budynkiem, który wzniósł w Watykanie, był dom dla ludzi bez dachu nad głową,
powierzony siostrom – beatyfikowanej przez niego kilkanaście lat później –
Matki Teresy z Kalkuty. Szedł do biednych w fawelach Ameryki Południowej.
Szedł do Indian. Byłem świadkiem, jak w Togo odwiedził zbudowaną z liści i
błota murzyńską chatkę. Ale szedł też do wielkich tego świata, by mówić im o
ubogich i potrzebujących, by przypominać im o ich obowiązkach i dobru
wspólnym.
Rozmawiał ze wszystkimi. Przyjmował
ludzi, którym daleko było do doskonałości, rozmawiał z dyktatorami i
przywódcami, których ręce były splamione krwią – Pinochetem, Arafatem – bo
wiedział, że spotkaniem, rozmową więcej można dobrego zdziałać, aniżeli
wzgardliwym osądzeniem i odepchnięciem.
Porywał młodych. Od pierwszego dnia,
kiedy zapewnił, że są jego i Kościoła nadzieją. Wszędzie, gdziekolwiek był,
garnęli się do niego. Stawiał wysokie wymagania, na które – czasem ku
zaskoczeniu miejscowych pasterzy – młodzież reagowała z entuzjazmem, może
czując, że ten, który do niej mówi, kocha ją i w nią wierzy. Kto mógł
przypuszczać, że zainicjowane przez Jana Pawła II Światowe Dni Młodzieży
znajdą tak szeroki odzew i tak szybko wpiszą się w normalny rytm życia
Kościoła? Od Papieża wielu biskupów uczyło się odkrywać pracę z młodymi. To,
co w tej dziedzinie dziś wydaje się oczywiste – w wielu miejscach świata
było rewelacją i nowością.
Pontyfikat, który
przemienił świat
Wiedział, że jeśli Bóg powołał
“słowiańskiego papieża”, że jeśli przychodzi on z “Kościoła milczenia”, to
musi być tego Kościoła, tych narodów głosem. I był. Mówił w imieniu tych, o
których wolny świat wolał zbyt wiele nie wiedzieć. W historycznym
przemówieniu w ONZ (1979 r.) ani razu nie wypowiedział słowa “komunizm”,
lecz to, co mówił, było tak mocne i tak jasne, że – jak zapisał naoczny
świadek – sowiecka delegacja po raz pierwszy się nie nudziła, ale drżała
zdjęta strachem.
Patronował duchowo “Solidarności” i
wierzył, że w jego Ojczyźnie rodzi się wielka propozycja dla rozdartego
świata. Nie dopuścił, by Kościół w Polsce zwątpił w tę ideę. Głosił prawa
człowieka, prawo do wolności. O suwerenność naszego kraju upominał się w
słynnym liście do Breżniewa z 16 grudnia 1980 r. i nikt dziś nie ma
wątpliwości, że to on, Papież z Polski, walnie przyczynił się do upadku
komunizmu. Owszem: nie był zachwycony dalszym ciągiem wydarzeń w naszym
kraju, ale się nie oburzał, lecz cierpliwie, podczas kolejnych wizyt uczył,
jak przyjmować trudny dar wolności, która jest dana i zadana – by na koniec
dać nam jako drogowskaz Boże Miłosierdzie.
Był zawsze przeciw wojnie, nawet
wtedy, kiedy niemal wszystkim się wydawało, że wojna jest najlepszym
rozwiązaniem. W przypadku Iraku do końca wzywał do odstąpienia od
interwencji, a gdy już do niej doszło, natychmiast myślał o godnym
zakończeniu konfliktu. Zawsze przeciw przemocy, krzywdzie, w obronie
najsłabszych, ściągał na siebie krytyki i ataki.
Z niezłomnym uporem bronił godności
ludzkiego zycia, które jest darem Boga i które tylko Bóg może odebrać.
Dzięki niemu w Katechizmie Kościoła Katolickiego – znalazły się dobitne
słowa przeciw karze śmierci. Ten fragment zresztą dołączono do Katechizmu
już po jego wydaniu, w opublikowanym później suplemencie, będącym skutkiem
opublikowania przez Jana Pawła II encykliki “Evangelium vitae”. Po prostu:
bronił życia od chwili poczęcia do naturalnej śmierci. W dramatycznym
przemówieniu na ten temat w Polsce (Kalisz, 1997) jakby zwątpił w siłę
własnego autorytetu i odwołał się do słów Matki Teresy z Kalkuty: “jeśli
mnie nie chcecie słuchać, posłuchajcie jej”. Gromił mafię sycylijską
przemawiając w Agrigento, zaś w Hiroszimie, mając za sobą pomnik atomowej
zagłady, znów podnosił głos przeciw wojnie: ten temat zyskał mu miano
największego orędownika pokoju w świecie.
Kule Ali Agcy nie były niczym innym
niż wyrazem panicznego lęku potężnego mocarstwa wobec tego papieża bez
jednego czołgu. Z zamachu wyszedł jeszcze mocniejszy. Jeśli wcześniej czasem
mówiono o nim z lekceważeniem (że z zacofanej Polski) albo napomykano o
aktorstwie, po 13 maja 1981 stało się jasne, że jest to “aktorstwo”
śmiertelnie poważne. Strzały na Placu św. Piotra potwierdziły już na zawsze
jego autorytet.
Pontyfikat, który zmienił
Kościół
To, co Jan Paweł II wniósł w
doktrynę wiary, wymaga omówienia i jest już szeroko, czasem krytycznie
komentowane. Każda jego encyklika dotyczy ważnej sfery życia ludzkiego,
wiary i zasad postępowania. Każda budziła w świecie wielkie zainteresowanie,
dotykając spraw naprawdę aktualnych. Obok pism pozostaną jednak wydarzenia
wyrosłe z wiary, wydarzenia kościelne, nieodwracalne, które już na zawsze
staną się bogactwem Kościoła i będą rodzić nowe bogactwa.
Takim wydarzeniem była wizyta w
rzymskiej synagodze 13 kwietnia 1986 r. Jako pierwszy spośród następców św.
Piotra Jan Paweł II modlił się wraz z Żydami (wielu z nich płakało ze
wzruszenia) w ich domu modlitwy, słowami Biblii. Ta wizyta, dopełniona
niejako pielgrzymką do Ziemi Świętej w marcu 2000, obrazuje ogromny wkład
Papieża w budowanie braterskiej więzi z judaizmem; wielki rozdział tego
pontyfikatu, owocny także w Polsce.
Zdobył życzliwość wyznawców islamu.
Podczas wizyty w Kamerunie witający go imam ze wzruszeniem nazwał go
honorowym muzułmaninem. Świat arabski nie zapomni mu, że był przeciwko
wojnie w Iraku. W Izraelu nie wahał się przypomnieć o prawach ludności
palestynskiej. Nie zdarzyło się też, by papież mówił do tysięcy młodych
mahometan o Bogu tak, jak miało to miejsce w Casablance. Obok niego siedział
król Maroka, duchowy przywódca kraju, w prostej linii potomek Mahometa.
Wydarzeniem o znaczeniu, którego
wciąż chyba jeszcze do końca nie zgłębiliśmy, był dzień modlitwy o pokój. Do
Asyżu, 27 października 1986 r. Jan Paweł II zaprosił głowy wszystkich wyznań
religijnych, “aby być razem i modlić się o pokój”. Było to pierwsze takie
spotkanie w historii Kościoła. Ludzie różnej wiary zgromadzili się nie, aby
swoje racje dyskutować, nie by się wzajemnie nawracać, zwalczać, jedni nad
drugich wywyższać, lecz aby być razem i ku Temu, który jest Nieogarniony,
zanosić modlitwę o pokój dla ludzkości. Kiedy Papież przybył na to spotkanie
i wszedł w krąg oczekujących go kapłanów, zobaczyłem jak na pochmurnym
niebie ukazała się tęcza – znak przymierza. Podobne spotkanie – raz jeszcze
z udziałem Jana Pawła II – odbyło się w Asyżu w roku 2000.
Był papieżem, który niestrudzenie
budował braterstwo międzyreligijne. Nie zrażając się niepowodzeniami robił
wszystko, co możliwe, by zagoić zadawane w przeszłosci rany, mimo upływu
czasu wciąż bolesne, zwłascza u chrześcijan. W ostatnich dniach Patriarcha
Moskwy i Wszechrusi napisał do Papieża, że się za niego modli. Nie dane im
było się spotkać, ale może milczenie umierającego Papieża okaże się bardziej
wymownym argumentem, aniżeli wszystkie przemówienia wybitnych delegatów
Stolicy Apostolskiej?
Ale pozostaną też wypowiedziane
przez niego słowa, które zmieniły wizerunek Koscioła, a może i bieg historii.
W dniach Wielkiego Postu 2000 – to kolejne wydarzenie – Jan Paweł II w
otoczeniu kardynałów i wraz z nimi wyznał wobec Boga i świata grzechy
popełniane przez ludzi Kościoła w ciągu dziejów i w imię Ewangelii. Ten
profetyczny, poprzedzony długimi studiami i modlitwą akt pokuty, choć do
dziś budzi wśród wielu katolików sprzeciwy, stał się zbawiennym rozpoczęciem
procesu oczyszczania pamięci, który Kościołowi przywrócił wiarygodność w
oczach świata. O tej wiarygodności mówił w Asyżu na wspomnianym już
spotkaniu w 2000 r. przedstawiciel wspólnoty żydowskiej.
Czymś takim było również zdanie
wypowiedziane przez Jana Pawła II w Bazylice św. Piotra w obecności
patriarchy Konstantynopola Dimitriosa I. Jan Paweł II mówił o prymacie
biskupa Rzymu, że jest świadom, iż “to, co miało być posługą jedności, mogło
niekiedy przybrać odmienną postać”. Innymi słowy, pytał dlaczego to, co
miało być fundamentem jedności, stało się przyczyną podziałów? Powiedział:
“Modlę się gorąco do Ducha Świętego, by obdarzył nas swoim światłem i
oświecił wszystkich pasterzy i teologów naszych Kościołów, abyśmy wspólnie
poszukiwali takich form sprawowania owego urzędu, w których możliwe będzie
realizowanie uznawanej przez jednych i drugich posługi miłości”. Chyba nigdy
jeszcze żaden z papieży nie powiedział czegoś takiego, i to w obecności
patriarchy prawosławnego.
*
Czy to wszystkie tytuły do
wielkości Jana Pawła II? Ależ nie! O wielkości nie decydują ani słowa, ani
wydarzenia. To one rodzą się z wielkości. Logika wiary i bezgraniczne
zaufanie Bogu pozwalały Janowi Pawłowi II odczytywać znaki czasu i na nie
odpowiadać. Był nie tylko świadkiem wiary, kapłanem, nauczycielem i
przewodnikiem Kościoła, ale był także świadkiem wewnętrznej wolności, która
jest córą zaufania Bogu.
Tak dobrze dziś znany w całym
świecie obraz Papieża, który klęka i bardzo nisko się pochyla, by ucałować
ziemię, na którą przybywa (kto dziś całuje ziemię?!) mówi o miłości i
szacunku do człowieka, którego nawiedza. Nie cieszyły go przesadne oznaki
czci, by przekłuć balon zdarzało się, że nawet z nich żartował. Z jakąś
lekko skrywaną niechęcią i jakby z pośpiechem odsłaniał swoje pomniki,
wiedząc, że są może nie najbardziej fortunnym wyrazem dobrej woli i nie
chcąc tym, którzy je wznosili, wyrządzać przykrości.
W naszej pamięci pozostanie jednak
obraz Jana Pawła II ostatni. Obraz człowieka, który nie daje się zmiażdżyć
cierpieniem. Tej nocy, kiedy się rozeszła wiadomość o nagłym pogorszeniu
Jego zdrowia, na Plac św. Piotra pospieszyli ludzie. Zapytana o powód
przyjścia, jakaś kobieta odpowiedziała (zdumiona, że w ogóle można o coś
takiego pytać), że to była jej powinność. Przecież kiedy odchodzi człowiek
bliski, nie chcemy, żeby czuł się samotny i opuszczony, chcemy mu powiedzieć,
że go kochamy. Przez te dwadzieścia siedem lat Jan Paweł II stał się kimś
bliskim milionom ludzi, bo wiedzieli, że i oni są mu bliscy.
A my, którym było dane znać Go,
pracować u Jego boku, obcować z nim na co dzień? Żegnamy Go ze ściśniętym
sercem. I chcemy wołać: co z tego, że Jan Paweł II jest wielki, skoro Go już
nie ma? Jesteśmy jednak pełni wdzięczności, że było nam dane to spotkanie.
“Zostań z nami” – krzyczeliśmy,
kiedy tu przyjeżdżał. Zostań z nami.
Od Redakcji Portalu:
Powyższy tekst jest dokładną kopią tekstu, jaki ukazał się
w specjalnym wydaniu Tygodnika Powszechnego
|