|
Efektem wymienionych faktów jest niechęć, a
niekiedy wrogość nauczycieli wobec rodziców, i vice versa. Objawia się ona w
niewielkim udziale tych drugich w zebraniach i wywiadówkach oraz
minimalizowaniem liczby kontaktów przez tych pierwszych. To ostatecznie
grzebie szanse na jakąkolwiek współpracę. Język, którym porozumiewają się
nauczyciele z rodzicami (i na odwrót) jest często językiem konkurentów,
terminologią wzajemnego dowodzenia sobie racji, a nie językiem partnerów, co
czyni szkołę śmieszną, a niekiedy groteskową. Przyczyny tego stanu rzeczy są
- wydaje się - czytelne i oczywiste, co nie oznacza, że bezdyskusyjne.
Potrzebna wiedza
Każdy obecnie odniesiony sukces to już nie
kwestia samotnego twórcy, lecz pracy zespołowej. Ani nauczycieli, ani
rodziców nikt nie uczy pracy w zespole, nikt nie uczy partnerstwa wobec
siebie w celu osiągnięcia sukcesu. Tymczasem w świecie, w którym liczba
zagrożeń wychowawczych wzrosła daleko bardziej niż liczba szans
edukacyjnych, współpraca szkoły i domu jest nieunikniona. Jeśli jej nie ma
(bo nie ma), wynika to z lekceważenia ważkości szkoły, zarówno przez
nauczycieli jak i rodziców. Jedni i drudzy nie próbują nawet współpracować w
celu wyprostowania ścieżek edukacyjnych swoich dzieci. Poprzestają na
zrzucaniu na siebie win. Świat wskazywany jako ring czy pole bitwy, a w
każdym razie jako miejsce konkurowania ludzi, odrzuca współpracę. Karierę
robi nie słowo "rozmowa" czy "porozumienie" lecz "negocjacje" czy
"rozwiązywanie konfliktów". Cała "współpraca" zatem ogranicza się do
wskazania drugiej stronie, że to właśnie ona ponosi całkowitą
odpowiedzialność za poczynania ucznia. Rodzice zatroskani o dobro własnego
dziecka, próbujący się z nauczycielami porozumieć, szukający przyczyn
niepowodzeń szkolnych dziecka, są odbierani jako "panikarze". Nikt ich nie
lubi, a każdy stara się ich wystrzegać. Tymczasem wychowywanie dzieci wymaga
coraz większej wiedzy. Nie mają jej rodzice, nie mają jej nauczyciele.
Odkrycia humanistyki, a szczególnie pedagogiki, filozofii edukacji,
psychologii i socjologii nie docierają do szkół. Tam nadal obowiązuje
dziewiętnastowieczny model kształcenia oparty na zakładanym a priori
autorytecie nauczyciela (bez względu na to, czy mu się to należy czy nie).
Ich przeciwnikami są sfrustrowani i nie wierzący w skuteczność szkoły
rodzice, którym się wydaje, że intuicja i miłość do dziecka są
wystarczającymi mediami wychowania. Jedni i drudzy są w błędzie.
Zatem pierwszą przyczyną faktycznej absencji rodziców w szkole jest
ich brak wiedzy z zakresu rzeczywistego kształtu świata, w którym żyją oni i
ich dzieci.
Nuda szkolna
Posyłając dziecko do szkoły należy uwierzyć
w dogmat, że tam właśnie wszystko jest najbardziej interesujące,
najważniejsze, najlepiej podane i nieomal święte. Taki sakralizujący szkołę
obraz należy w sobie przechowywać tak długo, jak długo nie chce się z nią
mieć kłopotów. Jednakże szkoła w swej większości jest nudna. I o ile dziecko
nie jest naturalnie i dość rygorystycznie zdyscyplinowane, a nade wszystko
jeśli nie wprowadzono je w arkana taktyczności międzyludzkiej (np. "pokorne
cielę dwie matki ssie"), to dość szybko zaczyna manifestować własne
niezadowolenie i znudzenie tą instytucją. Rodzice wtenczas, nie mogąc mu
przyznać racji (bo jakże naruszyć autorytet szkoły?), popadają w edukacyjną
schizofrenię. Polega ona na zmuszaniu dziecka do akceptacji czegoś, czego
sami nie akceptują. To ostatecznie niweczy szansę współpracy na linii:
dom-szkoła.
Brak wzorca
Trzecią przyczyną braku współpracy rodziców
i szkoły jest ideologiczne pomieszanie występujące w tej materii. Sprawa
jest dość prosta: rzeczywistość jest rynkowa, pełna drapieżności, ma
charakter "promocyjno-ofertowy". Codzienność jest bardziej przetargowa i
kupiecka niż humanitarna. Szkoła zaś jest "misją", a zawód nauczyciela
"powołaniem". Tego nie da się pogodzić. Sakralizacja szkoły powoduje, że
rodzice - jako profani - nie mają w niej nic do powiedzenia. Mają być
posłuszni i pokorni, mogą co najwyżej sponsorować szkolne zakupy.
Nauczyciele są przeciętni, bo źle zarabiają (jakby od zwiększenia poborów
mieli zmądrzeć!). Szkoła panicznie broni się przed urynkowieniem, czyli
przed faktycznym procesem oceny własnej pracy. Jest darmowa, a więc czyniona
"z łaski", a także nie można jej rozliczać jak stoiska na targowisku. Prawda
jest jednak okrutna: można i należy szkołę rozliczać, można i należy szkołę
mądrze urynkowić, bo w przeciwnym razie zawsze już będą się w niej gromadzić
słabeusze pedagogiczni, nijacy nauczyciele i uciekać będą z niej uczniowie
wraz ze swoimi rodzicami.
Przy obecnym statusie szkoły nie da się wypracować modelu
współpracy z rodzicami. Wobec takiej szkoły i takich różnic rodzice
pozostaną bierni i zdezorientowani.
Czy może być inaczej?
Oczywiście. Do tego trzeba jednak
mądrości. Znam taką inicjatywę - rodzaj zapomnianego już dziś uniwersytetu
dla rodziców. Zespół pedagogów przygotował warsztaty, które zaczął od
"szokującego" rodziców filmu wideo. Pokazano bowiem rodzicom, jak ich własne
dzieci zachowują się na lekcjach, podczas przerw, jakim językiem się
posługują i o czym rozmawiają. To dwuznaczne widowisko nie posłużyło jednak
inicjatorom do kolejnej akcji "zobaczcie, jaką mamy trudną pracę z waszymi
wrednymi dziećmi", lecz jako podkład do rozmowy z wytrawnym pedagogiem,
który niemal klatka po klatce analizował film, pokazywał przyczyny zachowań,
wskazywał na (umykające siłą rzeczy) pozytywne zachowania. Wykazano rodzicom
nie ich błędy, lecz małą wiedzę, której uzupełnienie może być w ich
interesie. Projekt się sprawdził i trwa. Comiesięczne spotkania nabrały
rozmachu. Pojawiły się nawet sekcje i wypływające od rodziców problemy do
rozwiązania. Pamiętam, jak nauczycielka rozpoczynająca spotkanie
powiedziała: "Proszę państwa, my z waszymi dziećmi spędzimy tylko cztery
lata, a wy resztę życia. O ile my z nimi dość łatwo wytrzymamy, to wam -
jeśli je źle wychowamy - będzie znacznie trudniej". Strzał był w dziesiątkę.
Dobra współpraca z rodzicami jest znacznie lepszym wsparciem
dydaktycznym niż komputery i multimedia razem wzięte. W dobrej współpracy
tkwi tajemnica sukcesu szkoły.
Na koniec anegdota. Bywam dość często na Podlasiu. To tu właśnie
pracowała w wiejskiej szkole nauczycielka, której "coś się chciało".
Dziewczyna jeździła na rowerze-składaku do chorych uczniów, zapominalskim
pukała w okno, aby "nie zapomnieli narysować na jutro mapki", głodnym robiła
kanapki. Objeżdżając wsie składała rodzicom uczniów życzenia, wożąc ze sobą
opłatek albo własnoręcznie zrobione pisanki. W pierwszym półroczu
społeczność lokalna przyglądała się nieufnie. Po urządzonej w szkole zabawie
już nie było problemów z drewnem do pieca czy koniem na kulig. Gdy jednak
nauczycielka mknąc składakiem przez białostockie błotko upadła i złamała
rękę, wieś powiedziała "dość" i na Dzień Nauczyciela kupiła dziewczynie
malucha.
Aleksander Nalaskowski
prof. dr hab. Aleksander Nalaskowski, pedagog,
wykładowca na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu
Powyższy tekst pochodzi z Miesięcznika Nauczycieli i
Wychowawców Katolickich, "WYCHOWAWCA", Nr 9 (105)/2001. Musicie Państwo
przyznać, że jest bardzo śmiały
i rozumny zarazem. A jak wspaniale koresponduje z naszym wstępem...
|