|
Ostatnio
docierają do nas informacje o agresji uczniów wobec nauczycieli i - jak się
okazuje - jest tylko jedna rada: ćwiczyć dżudo albo kung-fu. Wyobrażam sobie
polonistę, który po odpowiednim przeszkoleniu w zakresie walk rodem z
klasztoru Szaolin omawia na przykład "Przedwiośnie". Wiadomo wszem i wobec -
a potwierdził to sam Wielki Autor - że bohaterem jego powieści jest zwykły
troglodyta, chuligan, uliczny łobuz, niejaki Cezary Baryka, który przyłożył
dyrektorowi szkoły i... przystał do rewolucjonistów, u których pobierał
nauki. Wedle zaleceń nowoczesnej - albo tylko współczesnej - pedagogiki
dyrektor, oberwawszy od ucznia, powinien go zaprosić do baru albo pubu,
postawić pół litra i w przyjacielskiej pogawędce zapytać o dolegliwości
duszne. Konwersacja wychowawcza mogłaby się nawet zakończyć brudziem, bo
przecież w Ameryce "tyż mówią ju" do nauczyciela zamiast "pan" czy "pan
profesor".
A wedle ostatnich porad krakowskich specjalistów od
wychowania trzeba się wzorować na strażniku Teksasu albo Van Dammie,
zawirować, podskoczyć, kopnąć w pysk przeciwnika i kiedy już padnie,
postawić mu nogę na gardle, a gdyby chciał się
podnieść, to kopnąć go od spodu, ale tak skutecznie, żeby wyleciał w
powietrze i wylądował kilka metrów od miejsca wypadku.
Ani pierwszej, ani drugiej metody nie zalecam, nie
pochwalam; obu się brzydzę. Dociekam jednak przyczyn owego zdziczenia
młodych ludzi, którzy przychodzą do szkoły, bo tak ustawa nakazuje, że każdy
musi umieć czytać, pisać i rachować; ustawa zniosła
już dawno analfabetyzm i nie wiadomo do dziś po co. Skoro pierwotniak
kulturalny może być ministrem? Wróciliśmy do obrazków, komiksów, więc po co
zmuszać do czytania i pisania? Jaskiniowcy w Lascaux nie umieli czytać i
żyli, ale umieli malować.
Pamiętam doskonale czasy, kiedy dopuszczono zetempowców
na rady pedagogiczne z prawem głosu. Mogli spowodować nie tylko zwolnienie
nauczyciela z pracy, ale także aresztowanie albo zesłanie z miasta na
prowincję lub degradację ze szkoły średniej do
podstawowej; potem przyszli szkolni pedagodzy, którzy ułożyli prawa ucznia i
wychowanie bezstresowe; zaniechano wychowywania, w którym znakomitym
kooperantem był prefekt i religia, dzisiaj niby obecna w szkole,
ale na prawach balastu (opowiadał mi wychowawca klasy gimnazjalnej, że na
spotkaniu z rodzicami jeden z tatusiów zapytał: "po
co ten czarny w szkole?"), oraz skauting, przekształcony na początku lat
pięćdziesiątych na modłę radzieckich pionierów; potem była tak zwana
przepustowość, czyli zakaz stawiania ocen niedostatecznych; a obecnie
rozszerzono skalę ocen i z dwóją można przejść do następnej klasy;
zagmatwano oceny z zachowania, na lekcjach
wychowawczych mówi się o rzeczach niewychowawczych; reklama w mediach
pokazuje rozhisteryzowaną panią, która wrzeszczy na uczniów. Dość
wyliczanki. Może lepiej zastanowić się nad odbudowaniem rangi szkoły i
nauki, autorytetu nauczyciela, ważności wychowania, poczucia obowiązku w
młodych barbarzyńcach? A nade wszystko znieść obowiązek szkolny i ustanowić
tylko równy dostęp do nauki, aby w szkole byli tylko ci, którzy chcą i
wiedzą, po co przyszli. Będzie dobrze, gdy tylko część społeczeństwa potrafi
czytać i zrozumieć to, co czyta; innym wystarczą obrazki. Mądry Żeromski,
który doskonale znał ludzką naturę, pisał: "nie wszyscy możemy być
filozofami, bo któżby świnie pasał".
Stanisław Żak; 16-12-2005
Od Portalu: troglodyta;
jaskiniowiec, człowiek pierwotny; przen. nieokrzesaniec, grubianin, brutal. |